Home Artykuły Jestem sadownikiem z powołania

Jestem sadownikiem z powołania

0
0

Tomasz Kodłubański

 

 

Henryk Piotrowski przybył do gospodarstwa pod Dalikowem w Łódzkim z Gorzowa Wielkopolskiego gdzie pracował w firmie Stilon znanej między innymi z produkcji kaset magnetofonowych i taśm magnetowidowych. Życie w mieście nie pociągało go a we wsi Gajówka Parcela teściowa przepisała mu w 1980 roku 9 hektarów ziemi. Na 2 ha gruntów posadził swój pierwszy sad.

– Niezbyt dobrze czułem się w mieście, mówi, ciągnęło mnie na wieś bo chciałem mieć sad.

Początkowo żona nie chciała się tutaj przenieść jednak gdy wybudowałem drewniany domek zaczęła przyjeżdżać regularnie na odpoczynek. Teraz gospodarujemy w Gajówce razem od 30 lat.

Początki gospodarowania Henryka Piotrowskiego nie były łatwe.

– W latach 80-tych najpierw trzeba było dostać pozwolenie na założenie sadu a później zdobyć sadzonki. Nie było wtedy wolnego rynku więc sadzonki musiałem „wychodzić” u kierownika Spółdzielni Ogrodniczej w Poddębicach który wtedy miał możliwość „załatwić” deficytowy towar.

Oprócz sadu na 7 hektarach posiał rzepak i jęczmień który dostarczał do miejscowej paszarni.

W latach 90-tych Piotrowski dokupił ze spółdzielni 3,5 a potem 8 ha ziemi tak, że w roku 1995 jego gospodarstwo osiągnęło 22 ha czyli wielkość jaką ma obecnie.

– Teraz za domem – pokazuje- mam 5,5 ha sadu owocowego. Reszta to uprawy roślinne. Ziemniaki przemysłowe – 1,5 ha, jadalne – 1,5 ha, rzepak – 4ha i pszenica na pozostałym areale.

– Z zamiłowania jestem sadownikiem – mówi. 85% sadu to jabłka takich odmian jak Jonagold, Jonagored, Eliza, Rubin, Rubinola, Golden Delicious i inne. W zeszłym roku miałem wydajność 35 ton z ha, z czego jabłek konsumpcyjnych jakieś 40-50%, pozostałe to „przemysłówka” którą sprzedawałem nawet po 8 gr za kg.

W okolicy Dalikowa nie ma takich punktów skupu w których mógłby otrzymać za jabłka cenę choć w większej części pokrywającą koszty produkcji i zbiorów.

– Ponad połowę zbiorów moich jabłek wywiozłem w Grójeckie gdzie znam firmy skupujące i eksportujące owoce. Tam przynajmniej zapłacili mi 40 gr za kg co i tak nie pokryło kosztów zerwania, opłacenia agregatów chłodniczych czy wysortowania jabłek które przekroczyły 40 gr. Pracownikom którzy zbierali jabłka płaciłem 9 zł/godz. a nie akordowo bo na pewno byłoby dużo strat spowodowanych poobijaniem owoców.

Piotrowski wyjmuje z teczki przelew bankowy.

– Proszę dopiero w styczniu 2015 zapłacili mi ostatnią transzę pieniędzy za jabłka które sprzedałem rok temu. Umowa którą podpisywałem miała miesięczny termin płatności.

Po chwili lekko uśmiecha się.

– Ja i tak nie wyszedłem na tym najgorzej. Sąsiedzi zostawiali jabłka na drzewach lub rozdawali za darmo. Ja nie musiałem tak robić bo mam swój sklepik w Aleksandrowie Łódzkim w którym sprzedaję zarówno jabłka które nie nadają się na eksport jak i swoje gruszki, nektarynki i brzoskwinie.

Sprzedaż we własnym sklepie owoców jest dobrym rozwiązaniem pod warunkiem, jednakże w pobliżu nie rozwinie się spora konkurencja.

– Dla mnie aż cztery markety w takim mieście jak Aleksandrów to za dużo. Obok mojego sklepu powstał taki duży supermarket. Sprzedają jabłka po 1,80 zł za kg a u mnie klienci którzy kupują owoce od paru lat mogą je dostać za 2 zł za kg. Poza tym moje jabłka są ładne i nie poobijane co bardzo często zdarza się gdy klient wybiera z kosza w markecie towar nie posortowany. Tak czy inaczej market zabrał mi od 15 do 20% dotychczasowych klientów.

Sprzedaż owoców w sklepie idzie dobrze jednak Piotrowski chce zabezpieczyć się przed stratą sporej partii swoich jabłek których nie będzie mógł sprzedać.

– Planuję budowę chłodni z agregatem chłodniczym włoskim którego cena wynosi ok. 15 tys zł. Koszt całej chłodni z wyposażeniem to od 300 do nawet 500 tys. zł. Na razie nie mam na tą budowę środków finansowych.

W okolicy Dalikowa nie ma też zbyt wielu sadowników więc budowa np. magazynów w których mógłby przechowywać jabłka nie ma sensu.

– Obecnie jedyną dla mnie możliwością sprzedaży wyprodukowanych jabłek byłaby budowa przynajmniej jeszcze 2-3 sklepików z owocami ale to również spore koszty na poniesienie których na razie mnie nie stać.

Jeśli chodzi o ubiegłoroczne plony pszenicy to Piotrowski macha tylko z niesmakiem ręką.

– Pszenica miejscami całkiem wyschła na polu. Nie miałem nawet 3 ton z hektara. To co zebrałem sprzedałem po 480 zł za tonę. Natomiast rzepak był nawet względny. Cały rzepak który zebrałem sprzedałem do zakładów tłuszczowych z Bielska-Białej za 1000 zł/tona.

Plony ziemniaków skrobiowych to 30 ton a jadalnych – 22 tony z ha. Ziemniaki skrobiowe sprzedałem do firmy przetwarzającej ziemniaki w Niechlowie w woj. Dolnośląskim.

Piotrowski nie ukrywa, że jest mocno rozczarowany obecną sytuacją w rolnictwie.

– Produkcja rolna schodzi na plan dalszy. Rolnicy liczą coraz bardziej na dopłaty które stanowią już nawet czasami ponad połowę wszystkich dochodów na wsi. Czy to jest właściwa droga rozwoju naszego rolnictwa? Powinniśmy znaleźć sposoby by pomóc rolnikom by ich główne zajęcie – produkcja płodów rolnych przynosiła im odpowiednie zyski.

Trudno się z nim nie zgodzić.

Facebook Comments Box

LEAVE YOUR COMMENT